Dostałam swój własny, niebieski, śliczny fartuszek i po szybkim szkoleniu stanęłam za ladą. Już niedługo po ósmej rano kawiarnia zapełniła się zabieganymi ludźmi spieszącymi się do pracy. Jak na pierwszy dzień szło mi chyba okey, choć nie było idealnie. Kilka razy w ciągu 2 godzin zdarzyło mi się dać komuś inny produkt niż ten, o który prosił. Pani Carmen dopingowała mnie uśmiechem, a ja grzecznie przepraszałam i naprawiałam błąd. W porze wczesnego południa nie było tutaj praktycznie nikogo. Wszyscy londyńczycy byli w pracy, poza młodymi ludźmi, którzy czasem tutaj zaglądali. W porze obiadowej znowu zrobiło się tłoczno i głośno. Pani Carmen zostawiła mnie samą z interesem około piętnastej i musiałam zająć się wszystkim.
- Cześć. - usłyszałam za plecami robiąc kawę jednemu z klientów. To na pewno nie do mnie.
Odwróciłam się.
- Proszę. Życzę udanego dnia i smacznego. - wydałam resztę mężczyźnie w garniturze i zwróciłam się do następnego klienta.
- Cześć. - odpowiedział chłopak stojący przede mną.
- Witam, co podać? - skupiłam się na pracy.
- Nie pamiętasz mnie? - uśmiechnął się i założył kaptur.
Tak. To ten idiota, który chciał zabrać mi psa.
- Ach tak...Nieważne. Co podać? - ponownie zapytałam.
- Długo Cię szukałem. - zdjął kaptur i spojrzał na mnie.
- Naprawdę uroczo się rozmawia, ale spójrz na kolejkę, na prawdę nie mam czasu na pogaduszki. Czy coś podać? - zapytałam już stanowczo.
- Gorącą czekoladę poproszę. Zaczekam na Ciebie. - powiedział.
Wydawało mi się, że kolejka nie ma końca, ale po jakiejś godzinie sytuacja się opanowała i miałam czas na posprzątanie stolików. Zabrałam z kuchni ścierkę i ruszyłam w pogoń za brudem kawiarni.
- Hej. - usłyszałam ponownie głos chłopaka.
- Jestem w pracy. - odburknęłam.
- No właśnie chcę coś zamówić. - oburzył się, a ja trochę się speszyłam.
- Przepraszam. A wiec co? - zapytałam i wyjęłam notes.
- Herbatę.
- Jaką?
- Zieloną i koniecznie przyniesioną przez Ciebie. - powiedział uśmiechnięty.
- Nie wiem czy pan zauważył, ale ze względu na brak innych pracowników, jestem tutaj jedyna, więc innej możliwości nie ma. - pomknęłam za ladę, by przygotować zamówienie.
Usłyszałam na zapleczu telefon, więc odstawiłam wykonywane zadanie i skierowałam się do kuchni. Dzwoniła pani Carmen i powiedziała, że muszę zamknąć dziś sklep i otworzyć go jutro, ponieważ jej nie będzie. Grzecznie podziękowałam za telefon i odłożyłam słuchawkę. Brunet już czekał.
- No, długo jeszcze? - zapytał.
- Przepraszam, miałam ważny telefon. - skończyłam parzyć herbatę i podałam ją natrętnemu klientowi.
- Nic nie szkodzi. A masz teraz czas?
- Człowieku! Przestań być taki natarczywy! Ja tutaj PRA-CU-JĘ! - wybuchłam.
- Zrozumiałem. To zaczekam do zamknięcia. - położył pieniądze.
- Chwila! Chodź tutaj! - przyjrzałam się mu dokładnie. - O co Ci biega. Naprawdę zaczynam się Ciebie bać. Możesz po prostu odejść?
- Pogadamy po pracy, bo teraz PRA-CU-JESZ. - wyszedł ze sklepu.
Uff...już myślałam, że się już go nie pozbędę. Dochodziła osiemnasta, więc zamiotłam sklep, umyłam podłogę i posprzątałam zaplecze. Dokładnie przeliczyłam pieniądze i schowałam tam, gdzie Carmen mi powiedziała. Ubrałam płaszcz i wyszłam ze sklepu.
Pada. Idealnie. Przy samym zamykaniu drzwi zmokłam dość mokro.
- Extra. Dojadę sucha do domu. - mruknęłam sama do siebie.
- Mogę podwieźć. - zobaczyłam nad sobą parasol a obok mnie pojawił się brunet. - Wracając do naszej poprzedniej rozmowy to chciałbym Cię przeprosić, że wzbudziłem twój strach i pozwól, że się wytłumaczę. Kiedy zwinąłem Ci psa to było mi bardzo głupio i chciałem w ramach przeprosin zaprosić Cię na kawę, ale ty bardzo szybko się oddaliłaś. Zawsze przychodzę do tej kawiarni i okazało się, że ty tutaj pracujesz, więc miałem takie szczęście! No więc...dasz w ramach przeprosin zaprosić się na kolację? Bo kaw to mi już dzisiaj dość dużo zrobiłaś. - popatrzył na mnie.
- Słuchaj dziś się bardzo śpieszę i doceniam twoje chęci, ale nie wiem czy coś z tego wyjdzie. Ja pracuje i mam zajęte wieczory. Dziękuję za zaproszenie, ale jednak muszę odmówić. - ruszyłam swoim rowerem w kierunku mieszkania.
Ludwik śpi, ja mokra i w lodówce nie ma nic. Muszę iść coś kupić. Sklepy jeszcze otwarte.
Weszłam do pierwszego lepszego spożywczaka, wzięłam wózek, patrzę a tam znowu on. NIE! Zauważył. Trzymając w rękach piwo podszedł do mnie.
- Przestaniesz mnie śledzić? - zaśmiał się.
- To nie jest śmieszne, wybacz muszę zrobić szybko zakupy. Spieszę się.
- Mam na imię Logan. - zatrzymał mój wózek i wyciągnął dłoń.
- Ariel. - uścisnęłam jego rękę.
- Piękne imię. - szedł za mną.
- Nie lubię go. Strasznie wyszukane i staroświeckie. - czytałam skład sałatki.
- Mnie się podoba. Widzę jakieś wielkie zakupy. - spojrzał do koszyka.
- Tak jakoś wyszło. Ty wręcz przeciwnie. - skierowałam się do kasy.
- Tak jakoś wyszło. - spojrzałam na niego drwiąco.
Logan pomógł mi nieść zakupy i w dodatku trzymał parasol, co w takim deszczu uratowało moje już zmokłe ubrania.
- Dziękuje serdecznie. - odebrałam od niego torbę i otworzyłam drzwi do budynku, w którym mieszkałam.
- A myślałaś nad tą kolacją. W ramach podziękowania za pomoc w niesieniu parasola i zakupów? Może jutro? Masz wolny czas?
- Tak właściwie...to mam. - uśmiechnęłam się.
niedziela, 18 maja 2014
#01
Wkroczyłam do mieszkania mokra, zła i rozczarowana. Po pierwsze, pada deszcz. Po drugie jakiś idiota wjechał do kałuży i ochlapał mój nowy żakiet. I po trzecie, znowu nie poszła mi rozmowa o prace. Zdjęłam z siebie przemoknięte ubrania i rzuciłam je w kąt. Usłyszałam dzwonek telefonu w torebce. Zaklęłam pod nosem, bo wiedziałam kto to. Mama. Nie, jeszcze nie wiem co z pracą. Nie, jeszcze nie oddałam pieniędzy babci. Nie, nie złożyłam życzeń wujkowi. Tak, jadłam dziś śniadanie i obiad. Nie, nie na mieście. I tak, przyjadę na weekend. Koniec rozmowy. Zazwyczaj rozmawiamy o tym samym. Staje się to w pewnym sensie rytuał dnia. Uświęca każdy dzień. Wracam z miasta wieczorem i słyszę telefon. Taki sygnał, że jest już wieczór i pora spać.
Weszłam pod koc i włączyłam telewizor. Zaczęłam moją codzienną podkocykowo-telewizyjną wegetację. Obejrzałam jakiś romans, co chwila przełączając na inny kanał i czyhając na jakąkolwiek lepszą propozycję spędzenia wieczoru. Do łóżka położyłam się grubo po północy, brudna, w jakiejś koszulce niewiadomego pochodzenia, na której chyba wytworzyło się nowe życie.
Yhy, Ludwik. Tak właśnie nazywa się mój pies i to on obudził mnie kładąc swoje dupsko na mojej twarzy. W sumie nawet się mu nie dziwie, skoro jeść dostał wczoraj około południa a jest już następny dzień, godzina dziesiąta.
- Chwila, zaraz, moment. - mruknęłam niezadowolona do stworzenia, które zostawiło mi niespodziankę pod drzwiami łazienki.
Uzupełniłam psią miskę i ruszyłam na podbój lodówki. Nie zachwyciło mnie jakoś jej wnętrze, bo 5 jajek, dżem, mleko, masło i ketchup nie można nazwać bogactwem. Zrobiłam jajecznicę i postanowiłam jak zwykle, codziennie rano zmienić coś w życiu. Wkroczyłam więc w wszystkowiedzące internety i zaczęłam szukać pracy. Znowu. I jest oferta! Pracownica w kawiarni. Płacą wyjątkowo dobrze! A w mojej sytuacji przydadzą się każde pieniądze. Zmobilizowana do zmiany w swoim szarym bycie pobiegłam do łazienki i po wzięciu prysznica, wykonaniu makijażu i ubrania się w coś co nie przeraziłoby społeczeństwa ruszyłam na podbój kawiarni! Zbiegłam ze schodów i dosiadłam mojego różowo-niebieskiego pojazdu, mianowicie roweru. W kilka minut dojechałam na miejsce potrącając przy okazji kilku przechodniów w tym dwa koty, w dodatku czarne. Kawiarnia znajdowała się na rogu bardzo ruchliwej ulicy. Przyjemna na zewnątrz, przytulna w środku zapraszała do spróbowania pysznej kawy. Wokół niej roznosił się nieziemski zapach napoju bogów i miało się wrażenie, że dym uciekający z komina to aromat kawy, a nie skutki ogrzewania.
Weszłam do środka i rozległ się charakterystyczny dla małych sklepików dzwonek. Podeszłam do lady i wzrokiem doszukiwałam się jakiejkolwiek osoby, która mogłaby mi pomóc w znalezieniu szefostwa. Starsza pani pojawiła się nagle. Jakby wystrzeliła spod blatu.
- Witaj kochanie, w czym mogę pomóc? - spytała bardzo spokojnym, cichym głosem.
- Ja tutaj jestem w sprawie pracy. - odpowiedziałam niezgrabnym głosem.
- O! Świetnie! Mam na imię Carmen i jestem właścicielką. To chyba ze mną chcesz rozmawiać. - znowu usłyszałam jej głos rozchodzący się po pustej kawiarni.
Rozmowa trwała niesłychanie krótko i wynikało z niej, że mam pracę. Pani szukała kogoś do pomocy, bo sama już nie radziła sobie z interesem. Potrzebowała chętnej i żywej dziewczyny(jej słowa), której jestem idealnym przeciwieństwem.
Zdziwiona ale jednocześnie zadowolona z siebie wróciłam do domu. Przywitał mnie Ludwik, który jak zwykle chciał iść na spacer.
- Jezu ile ja muszę z Tobą wycierpieć. - zerwałam smycz z wieszaka i założyłam ją psu.
Skierowałam się do parku, bo w sumie tylko tam mogłabym usiąść, a nie miałam ochoty na godzinne plątanie się wśród ludzi z psem u boku. Okey, umiejscowiłam się na niewygodnym siedzeniu parkowej ławeczki i czekałam aż mój towarzysz się uspokoi. Siedziałam tak jakieś kilka minut, kiedy mój potwór zerwał się i postanowił uciec. No cudownie, świetnie. Tak bardzo miałam ochotę pobiec za nim, że aż wcale. Mógł już nie wracać. Ale psina jest takim nieporadnym zwierzęciem, że nie przeżyłaby nawet dnia, wśród ulic miasta. Widziałam tylko jego biały ogon, który co chwile zmieniał kierunek. W końcu przestał biec. Zatrzymał się przy drugim Ludwiku i postanowił dokładnie obwąchać jego zacny tyłek. Ludwik - samica był z tego powodu chyba w niebie. Zostało mi już kilka metrów kiedy do psów podszedł ktoś, złapał mojego stwora, wziął go na ręce i poszedł dalej odganiając się od biegnącej za nimi suczki.
- Ej! - krzyknęłam. - Halo!
Nic.
- Facet w granatowej bluzie i czarnych spodniach z psem na ręce! Odwróć się no! - krzyknęłam biegnąc.
Odwrócił się. Dogoniłam go.
- Co ty sobie jaja robisz gościu? To jest mój pies.
- Co?
- Jajco! Oddawaj go! Widzisz tą za panem. Bardzo podobna do mojego psa, którego trzyma pan w rękach. Tamta jest pańska. - oburzyłam się.
- Aaaa. Przepraszam bardzo. - powiedział facet.
- Jak można nie poznać własnego psa?! - wyrwała mu Ludwika z rąk i szybkim krokiem odeszłam.
Zdenerwowana na psa i tego idiotę wkroczyłam do mieszkania.
- Ludwik opanuj swój popęd seksualny bo zamiast Ciebie byłaby tutaj twoja dziewczyna, a ty spędzałbyś czas z jakimś facetem. Po drugie zobacz jaki jesteś brudny. Chodź do łazienki. Muszę Cię umyć lovelasie.
Wstałam równo z budzikiem. Zdeterminowana pobiegłam pod prysznic, umalowałam się i ubrałam porządnie. Zjadłam kanapkę i wyszłam z domu. Ponownie dosiadłam mojego powozu i ruszyłam na podbój kawiarni.
Weszłam pod koc i włączyłam telewizor. Zaczęłam moją codzienną podkocykowo-telewizyjną wegetację. Obejrzałam jakiś romans, co chwila przełączając na inny kanał i czyhając na jakąkolwiek lepszą propozycję spędzenia wieczoru. Do łóżka położyłam się grubo po północy, brudna, w jakiejś koszulce niewiadomego pochodzenia, na której chyba wytworzyło się nowe życie.
Yhy, Ludwik. Tak właśnie nazywa się mój pies i to on obudził mnie kładąc swoje dupsko na mojej twarzy. W sumie nawet się mu nie dziwie, skoro jeść dostał wczoraj około południa a jest już następny dzień, godzina dziesiąta.
- Chwila, zaraz, moment. - mruknęłam niezadowolona do stworzenia, które zostawiło mi niespodziankę pod drzwiami łazienki.
Uzupełniłam psią miskę i ruszyłam na podbój lodówki. Nie zachwyciło mnie jakoś jej wnętrze, bo 5 jajek, dżem, mleko, masło i ketchup nie można nazwać bogactwem. Zrobiłam jajecznicę i postanowiłam jak zwykle, codziennie rano zmienić coś w życiu. Wkroczyłam więc w wszystkowiedzące internety i zaczęłam szukać pracy. Znowu. I jest oferta! Pracownica w kawiarni. Płacą wyjątkowo dobrze! A w mojej sytuacji przydadzą się każde pieniądze. Zmobilizowana do zmiany w swoim szarym bycie pobiegłam do łazienki i po wzięciu prysznica, wykonaniu makijażu i ubrania się w coś co nie przeraziłoby społeczeństwa ruszyłam na podbój kawiarni! Zbiegłam ze schodów i dosiadłam mojego różowo-niebieskiego pojazdu, mianowicie roweru. W kilka minut dojechałam na miejsce potrącając przy okazji kilku przechodniów w tym dwa koty, w dodatku czarne. Kawiarnia znajdowała się na rogu bardzo ruchliwej ulicy. Przyjemna na zewnątrz, przytulna w środku zapraszała do spróbowania pysznej kawy. Wokół niej roznosił się nieziemski zapach napoju bogów i miało się wrażenie, że dym uciekający z komina to aromat kawy, a nie skutki ogrzewania.
Weszłam do środka i rozległ się charakterystyczny dla małych sklepików dzwonek. Podeszłam do lady i wzrokiem doszukiwałam się jakiejkolwiek osoby, która mogłaby mi pomóc w znalezieniu szefostwa. Starsza pani pojawiła się nagle. Jakby wystrzeliła spod blatu.
- Witaj kochanie, w czym mogę pomóc? - spytała bardzo spokojnym, cichym głosem.
- Ja tutaj jestem w sprawie pracy. - odpowiedziałam niezgrabnym głosem.
- O! Świetnie! Mam na imię Carmen i jestem właścicielką. To chyba ze mną chcesz rozmawiać. - znowu usłyszałam jej głos rozchodzący się po pustej kawiarni.
Rozmowa trwała niesłychanie krótko i wynikało z niej, że mam pracę. Pani szukała kogoś do pomocy, bo sama już nie radziła sobie z interesem. Potrzebowała chętnej i żywej dziewczyny(jej słowa), której jestem idealnym przeciwieństwem.
Zdziwiona ale jednocześnie zadowolona z siebie wróciłam do domu. Przywitał mnie Ludwik, który jak zwykle chciał iść na spacer.
- Jezu ile ja muszę z Tobą wycierpieć. - zerwałam smycz z wieszaka i założyłam ją psu.
Skierowałam się do parku, bo w sumie tylko tam mogłabym usiąść, a nie miałam ochoty na godzinne plątanie się wśród ludzi z psem u boku. Okey, umiejscowiłam się na niewygodnym siedzeniu parkowej ławeczki i czekałam aż mój towarzysz się uspokoi. Siedziałam tak jakieś kilka minut, kiedy mój potwór zerwał się i postanowił uciec. No cudownie, świetnie. Tak bardzo miałam ochotę pobiec za nim, że aż wcale. Mógł już nie wracać. Ale psina jest takim nieporadnym zwierzęciem, że nie przeżyłaby nawet dnia, wśród ulic miasta. Widziałam tylko jego biały ogon, który co chwile zmieniał kierunek. W końcu przestał biec. Zatrzymał się przy drugim Ludwiku i postanowił dokładnie obwąchać jego zacny tyłek. Ludwik - samica był z tego powodu chyba w niebie. Zostało mi już kilka metrów kiedy do psów podszedł ktoś, złapał mojego stwora, wziął go na ręce i poszedł dalej odganiając się od biegnącej za nimi suczki.
- Ej! - krzyknęłam. - Halo!
Nic.
- Facet w granatowej bluzie i czarnych spodniach z psem na ręce! Odwróć się no! - krzyknęłam biegnąc.
Odwrócił się. Dogoniłam go.
- Co ty sobie jaja robisz gościu? To jest mój pies.
- Co?
- Jajco! Oddawaj go! Widzisz tą za panem. Bardzo podobna do mojego psa, którego trzyma pan w rękach. Tamta jest pańska. - oburzyłam się.
- Aaaa. Przepraszam bardzo. - powiedział facet.
- Jak można nie poznać własnego psa?! - wyrwała mu Ludwika z rąk i szybkim krokiem odeszłam.
Zdenerwowana na psa i tego idiotę wkroczyłam do mieszkania.
- Ludwik opanuj swój popęd seksualny bo zamiast Ciebie byłaby tutaj twoja dziewczyna, a ty spędzałbyś czas z jakimś facetem. Po drugie zobacz jaki jesteś brudny. Chodź do łazienki. Muszę Cię umyć lovelasie.
Wstałam równo z budzikiem. Zdeterminowana pobiegłam pod prysznic, umalowałam się i ubrałam porządnie. Zjadłam kanapkę i wyszłam z domu. Ponownie dosiadłam mojego powozu i ruszyłam na podbój kawiarni.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)

