Wkroczyłam do mieszkania mokra, zła i rozczarowana. Po pierwsze, pada deszcz. Po drugie jakiś idiota wjechał do kałuży i ochlapał mój nowy żakiet. I po trzecie, znowu nie poszła mi rozmowa o prace. Zdjęłam z siebie przemoknięte ubrania i rzuciłam je w kąt. Usłyszałam dzwonek telefonu w torebce. Zaklęłam pod nosem, bo wiedziałam kto to. Mama. Nie, jeszcze nie wiem co z pracą. Nie, jeszcze nie oddałam pieniędzy babci. Nie, nie złożyłam życzeń wujkowi. Tak, jadłam dziś śniadanie i obiad. Nie, nie na mieście. I tak, przyjadę na weekend. Koniec rozmowy. Zazwyczaj rozmawiamy o tym samym. Staje się to w pewnym sensie rytuał dnia. Uświęca każdy dzień. Wracam z miasta wieczorem i słyszę telefon. Taki sygnał, że jest już wieczór i pora spać.
Weszłam pod koc i włączyłam telewizor. Zaczęłam moją codzienną podkocykowo-telewizyjną wegetację. Obejrzałam jakiś romans, co chwila przełączając na inny kanał i czyhając na jakąkolwiek lepszą propozycję spędzenia wieczoru. Do łóżka położyłam się grubo po północy, brudna, w jakiejś koszulce niewiadomego pochodzenia, na której chyba wytworzyło się nowe życie.
Yhy, Ludwik. Tak właśnie nazywa się mój pies i to on obudził mnie kładąc swoje dupsko na mojej twarzy. W sumie nawet się mu nie dziwie, skoro jeść dostał wczoraj około południa a jest już następny dzień, godzina dziesiąta.
- Chwila, zaraz, moment. - mruknęłam niezadowolona do stworzenia, które zostawiło mi niespodziankę pod drzwiami łazienki.
Uzupełniłam psią miskę i ruszyłam na podbój lodówki. Nie zachwyciło mnie jakoś jej wnętrze, bo 5 jajek, dżem, mleko, masło i ketchup nie można nazwać bogactwem. Zrobiłam jajecznicę i postanowiłam jak zwykle, codziennie rano zmienić coś w życiu. Wkroczyłam więc w wszystkowiedzące internety i zaczęłam szukać pracy. Znowu. I jest oferta! Pracownica w kawiarni. Płacą wyjątkowo dobrze! A w mojej sytuacji przydadzą się każde pieniądze. Zmobilizowana do zmiany w swoim szarym bycie pobiegłam do łazienki i po wzięciu prysznica, wykonaniu makijażu i ubrania się w coś co nie przeraziłoby społeczeństwa ruszyłam na podbój kawiarni! Zbiegłam ze schodów i dosiadłam mojego różowo-niebieskiego pojazdu, mianowicie roweru. W kilka minut dojechałam na miejsce potrącając przy okazji kilku przechodniów w tym dwa koty, w dodatku czarne. Kawiarnia znajdowała się na rogu bardzo ruchliwej ulicy. Przyjemna na zewnątrz, przytulna w środku zapraszała do spróbowania pysznej kawy. Wokół niej roznosił się nieziemski zapach napoju bogów i miało się wrażenie, że dym uciekający z komina to aromat kawy, a nie skutki ogrzewania.
Weszłam do środka i rozległ się charakterystyczny dla małych sklepików dzwonek. Podeszłam do lady i wzrokiem doszukiwałam się jakiejkolwiek osoby, która mogłaby mi pomóc w znalezieniu szefostwa. Starsza pani pojawiła się nagle. Jakby wystrzeliła spod blatu.
- Witaj kochanie, w czym mogę pomóc? - spytała bardzo spokojnym, cichym głosem.
- Ja tutaj jestem w sprawie pracy. - odpowiedziałam niezgrabnym głosem.
- O! Świetnie! Mam na imię Carmen i jestem właścicielką. To chyba ze mną chcesz rozmawiać. - znowu usłyszałam jej głos rozchodzący się po pustej kawiarni.
Rozmowa trwała niesłychanie krótko i wynikało z niej, że mam pracę. Pani szukała kogoś do pomocy, bo sama już nie radziła sobie z interesem. Potrzebowała chętnej i żywej dziewczyny(jej słowa), której jestem idealnym przeciwieństwem.
Zdziwiona ale jednocześnie zadowolona z siebie wróciłam do domu. Przywitał mnie Ludwik, który jak zwykle chciał iść na spacer.
- Jezu ile ja muszę z Tobą wycierpieć. - zerwałam smycz z wieszaka i założyłam ją psu.
Skierowałam się do parku, bo w sumie tylko tam mogłabym usiąść, a nie miałam ochoty na godzinne plątanie się wśród ludzi z psem u boku. Okey, umiejscowiłam się na niewygodnym siedzeniu parkowej ławeczki i czekałam aż mój towarzysz się uspokoi. Siedziałam tak jakieś kilka minut, kiedy mój potwór zerwał się i postanowił uciec. No cudownie, świetnie. Tak bardzo miałam ochotę pobiec za nim, że aż wcale. Mógł już nie wracać. Ale psina jest takim nieporadnym zwierzęciem, że nie przeżyłaby nawet dnia, wśród ulic miasta. Widziałam tylko jego biały ogon, który co chwile zmieniał kierunek. W końcu przestał biec. Zatrzymał się przy drugim Ludwiku i postanowił dokładnie obwąchać jego zacny tyłek. Ludwik - samica był z tego powodu chyba w niebie. Zostało mi już kilka metrów kiedy do psów podszedł ktoś, złapał mojego stwora, wziął go na ręce i poszedł dalej odganiając się od biegnącej za nimi suczki.
- Ej! - krzyknęłam. - Halo!
Nic.
- Facet w granatowej bluzie i czarnych spodniach z psem na ręce! Odwróć się no! - krzyknęłam biegnąc.
Odwrócił się. Dogoniłam go.
- Co ty sobie jaja robisz gościu? To jest mój pies.
- Co?
- Jajco! Oddawaj go! Widzisz tą za panem. Bardzo podobna do mojego psa, którego trzyma pan w rękach. Tamta jest pańska. - oburzyłam się.
- Aaaa. Przepraszam bardzo. - powiedział facet.
- Jak można nie poznać własnego psa?! - wyrwała mu Ludwika z rąk i szybkim krokiem odeszłam.
Zdenerwowana na psa i tego idiotę wkroczyłam do mieszkania.
- Ludwik opanuj swój popęd seksualny bo zamiast Ciebie byłaby tutaj twoja dziewczyna, a ty spędzałbyś czas z jakimś facetem. Po drugie zobacz jaki jesteś brudny. Chodź do łazienki. Muszę Cię umyć lovelasie.
Wstałam równo z budzikiem. Zdeterminowana pobiegłam pod prysznic, umalowałam się i ubrałam porządnie. Zjadłam kanapkę i wyszłam z domu. Ponownie dosiadłam mojego powozu i ruszyłam na podbój kawiarni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz